Pozdrawiam wszystkich, którzy mają okazję mój list przeczytać
Przyszedł czas na kolejną porcję wrażeń z życia, które diametralnie zmieniło swój tor dzięki również programowi" Buddyzm w więzieniu".
Wspomniałem w ostatnim swoim liście o kursie związanym z aktualną pracą - o uzyskaniu kwalifikacji instalatora kominków.
By zamknąć opowieść, dodam, że właśnie w zeszłym tygodniu zawieszałem przepyszny dyplom, (który został właśnie doręczony) w naszym firmowym showroomie.
Mogę dodać tylko, że byłem odrobinę wzruszony.
W ostatnim czasie zdarzyło się w moim życiu kilka ciekawych zdarzeń...pierwsze z nich to niewątpliwie wyjazd na upragnionego holyday'a ,do ukochanej przeze mnie Hiszpanii ,na długo wyczekiwany kurs Phowa.
Historia zaczęła się od dość mocnego"akordu", kiedy prosto z samolotu odebrałem samochód z kierownicą po niewłaściwej stronie samochodu (sic!)
mało tego samochody wokół mnie również jeździły po nie tej stronie co powinny...
Dla wyjaśnienia dodam, że swoją "karierę" za kierownicą zacząłem w Irlandii i jestem właściwie wyspiarskim kierowcą, ...czyli jeżdżę po lewej stronie -prosto więc z wypożyczalni wjechałem, jak mi się zdawało, w przedsionek piekła, czyli w godziny największego ruchu w Maladze.
Byłem umówiony z przyjaciółmi pod stupa w Banalmadena - zdaje się największej takiej budowli w Europie.
Nie wiem jak ...jakoś dojechałem,wydostałem się na autostradę i po około godzinie dotarłem.
Kiedy zobaczyłem stupę, po prostu byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi...jest przepiękna , stoi na wzniesieniu, z którego rozpościera się widok na morze Śródziemne ,jest ogromna...jasna bryła w nieskończonym błękicie. I wtedy już wiedziałem, że "jestem w domu".
Wszedłem do wnętrza ,pokłoniłem się przed posągiem Buddy i zszedłem piętro niżej, gdzie była przecudowna wystawa sztuki tybetańskiej -głównie
Tanki i brązowe statuetki.
Również tam spotkałem się z przyjaciółmi z Dublina -Izą i Keith'em .Wspólnie wyruszyliśmy w dalszą drogę, mieliśmy trochę czasu do rozpoczęcia kursu, więc za radą Izy pojechaliśmy trochę na północ do Grenady, odwiedzić jej przyjaciół.
Podróż była zapierająca w piersiach szczególnie dla mnie, choć siedzącemu koło mnie Keith'owi też wyrywało się od czasu do czasu –w wersji cenzuralnej odpowiednik WOW!
Świetna autostrada przecinająca góry Sierra Nevada
zaskakiwała co chwila niesamowitymi widokami.
Dotarliśmy do Grenady dość późno w nocy,po małych perypetiach z odnalezieniem adresu przyjaciół Izy.
Spędziliśmy noc i pojechaliśmy po południu już w piątkę do Karma Guen, po drodze odwiedzając schowaną przed turystami magiczną dolinę ozdobioną klejnotem, którym był wodospad. Miejsce przypominało mi sceny z filmów oglądanych w dzieciństwie, coś pomiędzy Tarzanem a King Kongiem, który kąpał swą wybrankę właśnie w takim wodospadzie(sic!)
Dotarliśmy po południu do Karma Guen i znów ...mnie zatkało z wrażenia. Nie mogłem inaczej tego na własne potrzeby nazwać jak "Buddyjskie Pueblo"!
Kilka dość tradycyjnych białych zabudowań, olbrzymia nowo wybudowana gompa na niższym planie, a ponad tą scenerią na najwyższym wzniesieniu bielała stupa.
Zaczął się kurs Phowa ,cztery dni po 9 godzin dziennie wykłady i medytacje, wiele inspirujących wrażeń ,wiele ciekawych spotkań. Trudno opisać to wszystko, co działo się tam we mnie i dookoła.
Jedna z bardzo zadziwiających historii zdarzyła mi się dokładnie tuż po samym Phowa, słyszałem oczywiście o różnych dolegliwościach, które mogą się pojawić po tej i tak intensywnej praktyce- jako przejawach oczyszczenia, ale nie specjalnie (oczywiście) spodziewałem się tego typu wrażeń u siebie(sic!)
Nazajutrz po Phowa poczułem przedziwne mdłości i napady lęku –stany, które dość często towarzyszyły mi, kiedy byłem aktywnym narkomanem. Tym razem wiedziałem jednak, że żegnam się już z pewną cząstką mnie –cząstką należącą już do historii.
Po około 24-godzinach poczułem się już lepiej i odbyłem kilka przejażdżek po okolicznych wsiach, fotografując, co miałem już wcześniej w planie. Pozostało parę dni do wylotu do Dublina, które spędziłem częściowo na kolejnych wykładach Olego; jak i na plażowaniu i krótkich wycieczkach z przyjaciółmi po okolicznych miasteczkach porozrzucanych po górach .
Piękne wrażenia, których doświadczałem, nauczyłem się rozpoznawać jako błogosławieństwa, którymi natychmiast dzieliłem się ze wszystkimi istotami –takie miałem życzenie .To już we mnie pozostało wraz z poczuciem wolności, które jednak ciągle się zmienia, przyjmując wciąż coraz to bardziej zaskakującą formę.
Na zakończenie pragnę życzyć Wszystkim Wam tego właśnie poczucia wolności, którego wtedy doświadczyłem .Mam również nadzieję, że ten list trafi za mury, które opuściłem 4 lata temu,
że da inspirację Tym, którzy próbują rozpoznać swoją karmę i stykają się lub zetkną się z Dharmą. Składam również głęboki ukłon w stronę Pani Magdy Wroneckiej za jej pracę i życzę Wszystkiego Dobrego.