Rzut oka na moją praktykę – różnica między tym co było kiedyś, a dzisiaj

Pierwszy kontakt z buddyzmem miałem w 1989 roku. Kontakt poprzez książkę „Trzy filary zen”, z której czerpałem pierwsze inspiracje. Nie jestem pewien tytułu, ale kojarzę też książkę „Koło życia i śmierci”, w której to były przykładowe pytania jakie można sobie zadawać podczas medytacji, np.: „co to jest Mu?”. Minęło sporo lat i nie wszystko dobrze pamiętam. Medytowałem z moim kolegą, sąsiadem Jackiem. Rano robiliśmy to oddzielnie, a popołudniu najczęściej razem. Warto zaznaczyć, że nie znaliśmy osobiście osoby, która praktykowała buddyzm. Opieraliśmy się więc na książce i własnych spekulacjach. Zacząłem od ok 15 minut medytacji, aż doszedłem (po ok. pół roku) do 1,5h w jednej sesji nieprzerwanie.  Codzienne medytacje były dwie: o 5:00 dłuższa, a ok 17:00 krótsza.

Dużo czasu poświęciłem też na rozmowy, spekulacje na temat tego jak skonstruowany jest Wszechświat i jakie jest w nim nasze miejsce. Raczej nie były to specjalnie optymistyczne rozważania. Uznawaliśmy, że jeśli jest coś „więcej”, to my co najwyżej możemy się w „to” wtopić. Na tym, z grubsza miałby polegać jakiś rodzaj „oświecenia”, do którego poprzez medytację dążyliśmy. Zaniedbywałem relacje z rodziną, z kolegami w szkole, bo to wszystko to była strata czasu. Nieistniejące, tak naprawdę relacje w złudnym świecie. Myślę, że byłem bardzo trudny do wytrzymania dla bliższego i dalszego otoczenia w tamtym czasie.

Na temat odczuć podczas samej medytacji trudno mi się wypowiedzieć po tak długim czasie. Zdarzało nam się np. siedzieć w zimie w lesie na jutowych workach. Pomimo zimna, śniegu było nam ciepło. Czasami na pewien czas traciłem słuch podczas medytacji. Dość szybko wyłączałem się z bodźców zewnętrznych, najwyżej po minucie, a wrażenie było takie, jakbym wsiadał do pociągu pospiesznego. I było mi wszystko jedno, dokąd mnie ten pociąg zabierze. Nigdy nie zażywałem narkotyków, ale chyba tak z grubsza (jak powyżej) wyglądają relacje ich amatorów.

Chyba pod koniec stycznie 1990 trafiliśmy do Hare Krishna. O ile się orientuję, Jacek do dziś tam intensywnie działa, a ja byłem związany przez kila lat z tym ruchem.

Dziś, starszy o 27 lat, na to trochę przypadkowe kolejne spotkanie z Buddyzmem patrzę inaczej. To dzisiejsze doświadczenie to skupienie i uważność w relacjach z ludźmi. Nie szukam „odjazdu” w samej medytacji. Koncentruję się na skupieniu i uważności. Cztery Szlachetne Prawdy są dla mnie wartościami uniwersalnymi, niezależnymi, istotnymi. Analizuję swoje relacje z innymi ludźmi, a także to, jak postrzegam siebie. Łatwiej niż kiedyś wybaczam sobie i innym, skupiam się  na pozytywach. Podczas medytacji myślom i hałasowi wokół pozwalam przez siebie przepływać, nie koncentrując się na nich. Jakbym siedział w wodzie, a to wszystko wokół to fale, które mnie opływają, ale nie przeszkadzają mi.

„Uczcie się tego od wód. Górskie rozpadliny i przepaści niosą ryk rwących potoków, lecz wielkie rzeki płyną spokojnie. Rzeczy puste są dźwięczne, a pełne zawsze pozostają ciche. Głupiec jest jak do połowy wypełniony garnek, osoba mądra niczym spokojne, głębokie jezioro.” (Sn. 720-721)

Krzysztof