11.06.2006
Mój gniew towarzyszy mi prawie od samego początku. Gniewałem się na mamę za to, że nie chciałem jeść zupy, a musiałem. Na ojca za to, że nie pozwalał mi oglądać telewizji, przychodził często pijany i bił mamę. Za to, że moja młodsza siostra była faworyzowana przez ojca, mimo, że to ja bardzo się starałem o jego względy. W szkole gniewałem się na nauczycieli za to, że chcieli mnie czegoś nauczyć, a ja uważałem, że jest mi to niepotrzebne. Mój gniew osiągał apogeum, gdy koledzy i koleżanki się ze mnie śmiali i drwili; wtedy byłem zdolny zrobić coś złego, mimo, że potem bym tego żałował. Do dnia dzisiejszego, choć umiem nad gniewem panować, nie jestem w stanie go wyeliminować z mojego życia. Obecnie, dzięki medytacji i praktyce buddyjskiej, potrafię już gniew zamieniać w pozytywne działanie, bo adrenalina, która się przy tym wyzwala, pomaga mi w czynieniu czegoś dobrego dla innych, a tym samym - dla samego siebie.
Podam może przykład z ostatnich czasów tj. z mojej odsiadki, w której pomaga mi -co może się wydawać dziwne- gniew. Wykorzystuję go właśnie w odpowiedni sposób – tak, aby mi nie szkodził. Ostatnio dowiedziałem się, że jak tak dalej będę postępował odnośnie siebie (tak jak to robię od początku odsiadki), to nikt mi nie pomoże we wcześniejszym opuszczeniu więzienia. I tu właśnie mój gniew mi pomaga, bo motywuje mnie do tego, aby pracować nad sobą i nie uczestniczyć w obłudzie, którą od samego początku próbuje mi serwować administracja zakładu karnego.
Dzięki uczuciu gniewu do samego siebie za to, że przez alkohol schrzaniłem sobie dużą część tego życia, postanowiłem wyrobić w sobie samodyscyplinę, pogłębić pracę nad samym sobą i -poprzez ścieżkę Bodhisattwy- pomagać innym w Oświeceniu przez oczyszczenie karmy oraz wyjście z zaklętego koła samsary, które nas pogrąża.
Tak na marginesie, to moją krainą, do której w tej chwili dążę jest Zachodnia Czysta Kaina Dełaczien Buddhy Amithaby w której znajdują się Buddowie i Bodhisattwowie Wielkiej Mocy. Moim Mistrzem jest i zawsze będzie (bez względu na innych nauczycieli duchowych, jak też rzeczywistych) spadkobierca Dharmy Yogi C.M. Chena - Mistrz Yutang Lin, który też jako pierwszy udzielił mi Schronienia w Trzech Klejnotach: Buddzie, Dharmie i Sandze.
Dzięki jego naukom, jak też Kalu Rinpocze, Tendze Rinpocze, Ole Nydhalowi i wielu innych nauczycieli, których nie wymieniłem, mniszkom Pemie Cziedryn oraz Magdzie z Wrocławia, powoli oczyszczam swoje myśli, uczę się, jak żyć, jak dążyć do Stanu Buddy, podążać Ścieżką Bodhisattwy. Ponieważ moje korzenie są chrześcijańskie (katolickie) moje pojęcie na temat Boga jest bardzo bliskie pojęciu Boga uniwersalnego, który daje przykład (jako np. Buddha Sjakiamuni ) jak żyć, jak praktykować, aby doznać Nirwany.
Obecnie odmawiam „Namo Amithaba Buddha”, po 5400 powtórzeń dziennie i „Om Mani Peme Hung”, również po 5400 powtórzeń. 0 powtórzeń wcześniej (tzn. przed pobytem w więzieniu), natomiast do chwili obecnej jednego i drugiego odmówiłem już 10.800 powtórzeń: „Namo Amithaba Buddha” mam 6.542.000 powtórzeń (na dzień 10.06.06), a „Om Mani Peme Hung” – 4919440 (na dzień 10.06.06). Odmawiam również „Sto tysięcy Mantr” Kalu Rinpocze oraz wiele innych Mantr, Dharani itp., aby ta praktyka pomogła mi zrozumie pewne aspekty nauk Buddy w szczególności i aby, po opuszczeniu Zakładu Karnego, tym sposobem, pomóc sobie w dążeniu ścieżką Bodhisattwy do stanu Buddy i spocząć w Dełaczien.
Odnośnie Wielkiej Miłości, to rozumiem ją w ten sposób, że (tak jak obecnie) staram się we wszystkich widzieć przyszłych Buddów, przez co kocham wszystkich ludzi, bez względu na to, kim są i co mi zrobili. Zgodnie z naukami Dalajlamy XIV oraz naukami innych łamów - w tych, co zrobili mi, robią coś złego, widzę „nauczycieli”, którzy (poprzez swoje złe uczynki) nie pozwalają mi „spocząć na laurach”, pomagają rozwijać miłość do bliźnich, jacy by oni nie byli.
Reasumując: kocham ich za to, że istnieją: dzięki nim, ich wadom wierzę w prawdziwą wielką miłość do człowieka. Natomiast długo rozmyślałem nad tym czy mam „Wielkie Serce” i dochodzę do tego, że mam, a ciepło we mnie, które roztacza się wokół mnie, jest zauważalne i dla większości istot pożyteczne. Choć są też takie istoty, które bardzo boją się tego rodzaju ciepła, w pewnej mierze - współczucia i życzliwości, jakie tutaj próbuję roztoczyć. Często jest to odbierane, jako atak na siebie i myślenie ziemskimi, egoistycznymi kategoriami materializmu. Dochodzi do tego, że mój altruizm (na jaki mogę sobie w tym miejscu pozwolić) jest bardzo dziwny, w większości przypadków nie do przyjęcia przez innych osadzonych i -jak już wspomniałem- tworzy nawet pewnego rodzaju agresję. Lecz ja się tym wcale nie przejmuję - postępuję tak, jak zwykłem postępować, aby osiągnąć oświecenie.
Jeżeli ktoś chciałby do mnie napisać lub podzielić się ze mną swoimi spostrzeżeniami - niech napisze.
Syzyf