Poszukując szczęścia, miłości i zrozumienia, opuściłem dom rodzinny jako szesnastoletni chłopiec. Na swej drodze spotkałem kobietę, w której zakochałem się bezgranicznie
i która równie mocno mnie pokochała. Była ucieleśnieniem piękna, miłości i szczęścia, spełnieniem
moich marzeń, najskrytszych pragnień i wartości, których nie potrafiłem dostrzec w rodzinnym gronie. To było nieopisanie piękne. Z czasem w miarę narastających różnego rodzaju problemów wszystko, czego szukałem, zaczęło zanikać, okazało się iluzją. Nigdy nie szukałem nie wiadomo jak dużych pieniędzy czy rzeczy, które na pozór przedstawiają jakąś wartość, ponieważ są ulotne i prędzej czy później musiałbym rozstać się z nimi, więc nie widziałem w tym najmniejszego sensu.
Moje doświadczenie było jeszcze ubogie, więc szukałem wciąż na zewnątrz siebie i brnąłem coraz głębiej w iluzję i w coraz większe pomieszanie. Tym razem na mojej krętej ścieżce pojawiły się narkotyki i do pewnego momentu myślałem, że to jest to. Wskutek długiego
zażywania doprowadziłem się do całkowitego rozpadu psychicznego, zakaziłem się wirusami
HCV i HIV i trafiłem do więzienia. Uświadomiłem sobie, że znów jestem w błędzie i straciłem
sens życia.
Dziś wiem, że nic nie jest trwałe, a miłość między ludźmi już dawno przeobraziła się w handel wymienny. Zacząłem więc praktykować, żeby osiągnąć spokój umysłu.
Od tamtej pory moje życie zaczęło się zmieniać. Znalezienie buddyzmu i praktyka szczera dla
dobra wszystkich istot to powrót do domu.
M.K.