13.06.2006
Piszę w chwili kryzysu. Tak, mam problem, z którym muszę sobie poradzić sam - nie chcę pomocy innych, choć taką oferują. Nie chcę z nikim rozmawiać, absolutnie z nikim i kiedy pojawia się taki stan, wiem, że mam problem.
Jednak teraz, tak naprawdę, moim prawdziwym problemem jest to, iż kilka osób lubi mnie słuchać. Jedna nawet bardzo wierzy w to, co mówię; w pewnym sensie traktuje mnie, jak pewnego rodzaju „Przewodnika”, a ja nie chcę, aby ta osoba popełniła taki błąd, kiedy zaszła już tak daleko. Osoba ta zaczyna czytać o buddyzmie, rozumieć, zmieniać się i przyznawać, że nastąpiła -i ciągle następuje- zmiana. Mówię mu, że najważniejszy jest wewnętrzny nauczyciel oraz nauki Buddy. Ja jestem tylko kimś, kto musiał mu o tym opowiedzieć i tyle. Dlatego też nie chcę (bo mogę) popełnić błąd, który będzie rzutował na życie tej osoby, a nawet i na kilku innych osób, które też są zainteresowane. Jednak ci pozostali, nie są wystarczająco ufni, co do znaczenia tego, co oferuje im buddyzm. Wiem, że w takich przypadkach, nawet jedna osoba może okazać się bezcenna, ale ja tu się nie liczę. Jestem zbyt mało doświadczony, co do postępowania w takich przypadkach, a nie chcę dawać złych przykładów. Być może jestem odpowiedzialny za zaistniałą sytuację, jednak teraz, przez kilka ostatnich dni, żyję pod presją różnych emocji (negatywnych i pozytywnych) i nie chcę popełnić błędu, który może okazać się największym w tym życiu.
Przeczytałem ostatnio książkę „Jakimi rzeczy są” Lamy Ole, dedykowaną tym, którzy cały czas pozostają w cieniu, będąc przy tym najważniejszymi z uczniów Nauk Buddy. Polecam ją wszystkim, którzy są sami na ścieżce do oświecenia. Czuję, że ja także muszę podążać sam, przynajmniej przez jakiś czas, lepiej wtedy zrozumiem działanie emocji i swoje słabe punkty. Mój przyjaciel także pisze swoje przemyślenia - zachęcam go do ich wysłania. Jednak on twierdzi, iż nie są jeszcze gotowe na tyle, aby inni go w nich widzieli. Na pewno będę starał się zrobić wszystko, aby mógł się rozwijać dalej, bez uczucia osamotnienia.
Nieraz zastanawiam się, co będzie po moim opuszczeniu Zakładu Karnego. Przecież jestem teraz kimś innym. A zmiana postępuje cały czas, wzrasta. Cały czas myślę też o ślubowaniu, czy przyjęciu schronienia - to jest prawdziwa walka z egocentryzmem, która może nawet zakończyć się śmiercią. To niełatwa decyzja, ale kto powiedział, że to proste. „Żeby coś zyskać, trzeba coś poświecić”. Sami dokonujemy wyboru, co jest dla Nas najważniejsze.
Może okazać się, że piszę trochę chaotycznie, jednak w chwili obecnej trudno mi cokolwiek ocenić: staram się robić, co mogę, aby opanować tę „nawałnicę”.
Na tym będę kończył, obiecując trwanie w naukach i regularnej praktyce dla dobra innych.
Z wyrazami szacunku
Marek