Bywały w moim życiu chwile, kiedy w całkowitej ciszy i spokoju, jaki czasem gości na spotkaniu pomiędzy powietrzem rozgrzanym wspomnieniem o lejącym żarem letnim słońcu, a układanym przez niego do snu lekkim, delikatnym ruchem liściem, spełnionym i zabarwionym kolorowym oddechem jesieni, słyszałem kapiące z mego serca krople smutku. Niepokoiłem się i bałem.
Drżałem.
Bałem się, że jest on Cieniem jakiegoś dawno zapomnianego, bolesnego doświadczenia, zatartego w pamięci dotyku demona. Kiedy tak stałem zawieszony w czasie i przestrzeni, obserwując, jak pochłania całą moją obecność, sądziłem, że zaraz okaże się zwiastunem i preludium do symfonii cierpienia. Nic takiego jednak się nie działo. Rozpacz ku mojemu zdziwieniu nie nadchodziła, lecz i smutek całkowicie nie przemijał. Był na mnie, z nim go poczułem, pewnie jest i będzie mi zawsze towarzyszył. Mi, Tobie, Nam wszystkim. Nawet kiedy przeminiemy, pożegnawszy się z życiem i kiedy ciało je noszące podzieli los przekwitłych płatków tulipana.
Smutek? Czy to smutek, radosny i głęboki smutek błądzącej duszy, szukającej ołtarza, na którym połączy się w jedność z ukrytą w Nas i poza Nami doskonałością? Czy może jest on dziedzictwem miejsca, wokół którego drzwi tak często i bezradnie krążymy?
Bartłomiej Bartosiewicz