DWIE NIEKONWENCJONALNE METODY USPRAWNIANIA MEDYTACJI

Moim problemem jest zasypianie podczas formalnej sesji medytacyjnej. Bardzo powszechne. Większość czasu medytacyjnego posiedzenia spędzam w tej niczyjej krainie, która rozlega się między jawą a głębokim snem. Kiedy ciało zaczyna się słaniać, budzę się i przez chwilę czuwam, a ta chwila trwa od 3 do 7 minut, po czym znowu śpię.

Dostałam jak do tej pory wszystkie możliwe porady, instrukcje i wskazówki, od prostowania kręgosłupa aż po stwierdzenie, że taki jest najwyraźniej mój aktualny stan istnienia i że trzeba przestać walczyć i kontynuować spanie na siedząco bez zmartwień.

W sposób oczywisty robiłam najrozmaitsze przeglądy czy aby nie tarczyca, nadmiar pracy lub konflikty intrapsychiczne stoją mi w poprzek.

Nic z tych rzeczy nie zdawało egzaminu.

PIERWSZA METODA

Pojechałam z małą grupą praktykujących zen na 7-dniową wyprawę do Portugalii. Wyprawa była wymagająca: ruszając z Lizbony szliśmy portugalską plażą ok 30km dziennie i zatrzymywaliśmy się na uprzednio zarezerwowane noclegi. Po siedmiu dniach dotarliśmy do Porto, skąd wracaliśmy do kraju.

Pomimo wcześniejszego okresu treningu nóg, byłam najsłabsza z grupy i szłam cały czas z tyłu. Grupa robiła częste postoje, czekała na mnie, ale i tak dwa razy musieliśmy przerwać wędrówkę i znaleźć transport, aby dotrzeć przed nocą na kolejny nocleg – z mego powodu.

Reszta uczestników, w liczbie trzech, mieli powód do przeklinania, ale nie przeklinali. Zaznaczali się dużą dozą cierpliwości i logistycznej zaradności w tej sytuacji. A ja? No cóż, pokazałam, do czego jestem zdolna w warunkach skrajnej frustracji.

Całą drogę, przez siedem dni wyprawy, nie mogąc reszty dogonić, byłam ogarnięta lękiem i pośpiechem. We chwilach, kiedy wreszcie byliśmy razem na postoju, to siedziałam zdyszana i wściekła na nich, bo uważałam, że mnie nie rozumieją. Kończąc dany odcinek, już w miejscach noclegu, byłam wściekła na ich brak domyślności, bo prysznic brali nie w tym czasie albo dlatego, że ktoś mnie nie preferował do rozmowy, bo gotowali, bo nie gotowali, bo stali, bo siedzieli, bo istnieli.

Koło piątego dnia wyprawy zaczęłam to widzieć. Jedna wielka kula ognia, jedno wielkie jezioro agresji. Nieważne, co lub kto się znajduje na drodze – chęć niszczenia była wszechobecna.

Naturalnie, w każdej innej wyprawie bierze się takiego delikwenta na tapetę lub wprost się go zbanuje. Nasza wyprawa była to wyprawa kontemplacyjna, w której każdy uczestnik idzie, znosi trudy własne i trudy innych, i milczy. Medytacja zen w praktyce.

Mimo tego pod koniec wyprawy nie tylko nie przepraszałam nikogo, ale i ogłosiłam z przytupem, że na medytację nie będę się wybierać przez przynajmniej pół roku.

Po powrocie do codziennego życia jednak przyszłam na następne posiedzenie… i nie spałam.

Zjawisko zasypiania puściło mnie z objęć, umysł był jasny, jakby uwolniony od wielkiego ciężaru.

Przyszła pora na przeprosiny. Na podziękowanie. Usłyszałam jakiś czas później, jakie to paskudne rzeczy wyłoniły się ze mnie, nigdy jednak nie było zgłaszania żalu ani też próby odwetu. Dlatego trwam w pokłonie wobec kolegów z wyprawy.

Można różne usnuć spekulacje na temat, co łączyło wyprawę do Portugalii z rozwiązaniem problemu ze spaniem. Moja interpretacja jest taka, że przez dużą część życia mnóstwo swojej siły życiowej używałam do tłumienia emocji, więc chodziłam zmęczona od tego wysiłku. Musiało dojść do dwóch sprzężonych ze sobą wydarzeń – pierwsze, agresja znajduje ujście i staje przede mną w całej swej okazałości. A drugie – ja ją WIDZĘ, zdaję sobie sprawę, że to WE MNIE siedzi, niezależnie od tego, co inni robią lub przestają robić.

I stała się magia: agresja, w chwili jej odsłonięcia i dostrzeżenia, zniknęła.

DRUGA METODA

No ale w życiu nie ma tak różowo. Tendencja do zasypiania podczas medytacji wraca do mnie okresowo, jak stary przyjaciel. Frustracja z nią związana stanowi permanentną siłą sprawczą dla poszukiwań.

Pewnego razu, po kolejnym słanianiu się i obudzeniu, schwyciłam się modlitwy do Czenrezika, jaką znam ze Szkoły Kagju Buddyzmu Tybetańskiego. Za pomocą wyrobionej w przeszłości umiejętności, uczyniłam wysiłek, aby wizerunek Czenrezika z obrazka, jaki mam w domu uzmysłowić wyraźnie w wyobraźni. Część wierszy wyrecytowałam po tybetańsku, a resztę wstępnej 8-częściowej modlitwy wypowiedziałam w myślach po polsku. Serdecznie, z całego serca wywołałam w umyśle dużo różnych ofiar pachnących i smakowitych, i je kładłam pod postacią bóstwa. Następnie, nie umiejąc przypominać sobie całej modlitwy o ratowanie istot cierpiących w sześciu sferach Samsary, wypowiedziałam w myślach sześć sylab Czenrezika w ilości nieokreślonej.

Zaraz po tym dokonałam tzw rozpuszczenie wizualizacji, czyli sprawiłam, że postać Czenrezika znika, zostawiając odświeżoną przestrzeń w mojej głowie oraz salę medytacyjną przed moimi oczyma, czystą, bez spania, bez towarzyszącej narracji myśli – ot tak, po prostu nagie teraz.

Nagie teraz trwa u mnie tyle, ile trwa. Więc kiedy zostaję schwytana w kolejne szczypce dyskursu myśli albo ocknę się z odmętów snu, szybko sięgam, sprytnym sposobem, po Buddę Amitabhę lub Zieloną Tarę czy też Dordże Sempę. W każdym z tych przypadków, taką samą domowej roboty metodą doprowadzam swój umysł do stanu używalności dla następnych kilku minut przejrzystej medytacji.

Zastosowanie tradycji buddyzmu tybetańskiego w medytacji zen

Lorena